Używamy Cookies w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Dalesze korzystanie z tego serwisu oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Dowiedz się więcej o naszej polityce prywatności

Zamknij

08 - 28/06/2015

fot. Maciej Zakrzewski
Galeriafot. Maciej Zakrzewski

Media społecznościowe, cała ta demokracja informacji jest w posiadaniu korporacji, które mogą przeorganizować zawartość konta, o którym myślisz, że należy do ciebie - z Timem Etchellsem, brytyjskim reżyserem, kuratorem tegorocznej poznańskiej Malty, rozmawia Roman Pawłowski.

Roman Pawłowski: W spektaklu "Tomorrow's Parties", który pokaże pan na Malcie, dwójka aktorów opowiada publiczności, jak według nich będzie wyglądać przyszłość, jakie będą kiedyś polityka, demokracja, jedzenie, seks i religia. Nie mówią tylko jednego, jaki będzie teatr przyszłości.

Tim Etchells: Przychodzą mi do głowy dwa sposoby działania. Z jednej strony małe, ale bardzo intensywne spektakle, dla niewielkiej publiczności i w miejscach nieteatralnych, z drugiej - transmisje na żywo w internecie i teatr w mediach społecznościowych. Ten pierwszy model daje możliwość bliskiego kontaktu z aktorami, drugi odpowiada na nowe zjawiska w kulturze i ekonomii. Kapitalizm traci zainteresowanie przedmiotami, skupia się na wydarzeniach. Produkt nie jest już materialną rzeczą, ale wydarzeniem, które może zostać odegrane jak spektakl. Życie staje się coraz bardziej teatralne, sposób, w jaki ludzie używają rzeczy, stał się ważniejszy od samych tych rzeczy. To będzie wpływać na teatr.

Teatr potrafi przeciwstawić się ideologii rynku, w której wszystko jest tylko produktem?

- Ma w sobie potencjał oporu choćby dlatego, że trudno go skopiować i sprzedać. Wciąż oparty jest na obecności aktora, na żywo.

Ale kapitał szybko się uczy od awangardy. Korporacje sprzedają już rzeczy, które realnie nie istnieją. Funkcjonują tylko przez krótką chwilę, kiedy uruchamia je użytkownik.

Jak filmy w streamingu?

- Albo członkostwo w jakimś klubie. Teatr wciąż jest przestrzenią oporu, ale bezpieczny nie jest. Jego terytorium będzie przejmowane przez komercyjne zjawiska.

Wasze spektakle też są produktami kupowanymi przez festiwale i kuratorów. Jak pan się czuje jako część rynku?

- Z punktu widzenia ekonomii to, co robimy, nie ma sensu. Utrzymywanie przez 30 lat zespołu składającego się z pięciu aktorów, reżysera i paru osób administracji to absurd. Musimy negocjować z politykami, a żeby przetrwać, musisz wpisywać się w program polityki kulturalnej. Jeśli tego nie umiesz, odpadasz. Dajemy radę.

*

Kate Valk z Wooster Group napisała, że waszych spektakli nie można kupić za pieniądze, ale za czas. Ich długość jest legendarna, niektóre trwają 24 godziny, jak "Who Can Sing a Song to Unfrighten Me?" oparty na dziecięcych grach. W "Quizooli!" aktorzy przez sześć godzin zadają sobie nawzajem pytania. Kto ogląda całodobowe spektakle?

- Te przedstawienia nawiązują do rytuałów i praktyk performatywnych z czasów przedkapitalistycznych, kiedy nie trzeba było brać pod uwagę takich rzeczy jak czas i organizacja dnia pracy. Wymagają zupełnie innego rodzaju percepcji i innej organizacji czasu. Gramy je na festiwalach. Na początku było trudno, publiczność nie była przygotowana. Dzisiaj jest łatwiej, bo podobne rzeczy robi wielu twórców.

Widziałem przed laty w Monachium "And on the Thousandth Night" - spektakl polegający na opowiadaniu improwizowanych bajek przez całą noc. To było przeżycie, ludzie wychodzili i wracali, spali na widowni, budzili się, jedli, a wy nie przerywaliście gry.

- Kiedy jesteś na scenie 24 godziny, tracisz kontrolę nad tym, co robisz, ale za to osiągasz niezwykłą swobodę skojarzeń. Kiedy zaczęliśmy robić te długie przedstawienia, byliśmy coraz mniej zainteresowani kontrolowaniem tego, co dzieje się na scenie, a coraz bardziej przestrzenią przypadku i błędu - to, co w niej powstawało, było fascynujące.

Aktor może u nas opowiedzieć osobistą historię lub przedstawić prawdziwą opinię o czymś, może też wszystko zmyślić. Chodzi o to, że obie wersje będą równie prawdopodobne. Do poznania kogoś nie wystarcza to, co dana osoba mówi o sobie, swoich doświadczeniach i myślach. Przeważnie to nudne. Człowiek składa się także z fantazji i rzeczy zmyślonych. Wiele można się o kimś dowiedzieć z jego kłamstw.

*

W ostatnich latach w sztuce trwa zwrot od fikcji w stronę prawdziwych historii: wielkim powodzeniem cieszy się literatura non-fiction, kino dokumentalne, powstają przedstawienia z nieprofesjonalnymi aktorami, nie mówiąc już o reality TV. O czym to świadczy?

- Każda epoka szuka własnej formy, która ma być bliższa rzeczywistości. W poezji w XIX w. mieliśmy poetów romantycznych, Keatsa i Wordswortha, których siła polegała na zastosowaniu naturalnego języka. Dzisiaj ich poezja brzmi dziwacznie, jakby była superwystylizowana, ale w swoim czasie ci autorzy szokowali wykorzystywaniem mowy potocznej.

Realność stała się dzisiaj fetyszem. Autorzy dokumentów twierdzą, że pozbyli się fikcji i dlatego są one bardziej prawdziwe, demokratyczne, mniej retoryczne. Ale jeśli spojrzysz na filmy dokumentalne, to przecież pod spodem zawsze jest jakaś konstrukcja, ktoś narzuca przemocą swoją opowieść. Ciekawi mnie ten nurt, ale jestem wobec niego sceptyczny, bo mam wrażenie, że to wciąż ta sama stara narracja. To samo mam ze spektaklami interaktywnymi. Wydają mi się maskaradą.

Nie wierzy pan w interaktywny teatr?

- Często to rodzaj kuglarstwa. Artyści udają, że autorytarna władza została wyeliminowana, że publiczność ma wolny wybór, ale twój wybór przypomina wybór szczura w labiryncie. Nad wszystkim dominuje szczegółowo kontrolowana dramaturgia. Denerwuje mnie to, bo lubię wiedzieć, jakie są zasady, widzieć, jak się przejawia władza, bo tylko wtedy mogę ją zakwestionować. Tymczasem w wielu interaktywnych spektaklach władza jest głęboko ukryta.

Pytam o interaktywność, bo idee partycypacji odgrywają w życiu publicznym coraz większą rolę, nowe pokolenia wychowane na internecie i interaktywnych grach chcą mieć wpływ na podejmowanie decyzji nie tylko w czasie wyborów, lecz także na co dzień.

- Znam wiele przedstawień, które są systemami uruchamianymi przez widza, ale zawsze tropię, jak przejawia się w nich władza. Pierre Bourdieu mówi, że teatr zajmuje się wynajmowaniem bierności - płacisz, aby siedzieć w pomieszczeniu, w którym nie możesz rozmawiać ani się ruszać, musisz oglądać i słuchać tego, co robią inni ludzie. Fantastyczne - płacisz za przestrzeń do myślenia. Wcale nie jesteś bierny, wszystkie interakcje są w twojej głowie. Nie musisz nic robić, a i tak uczestniczysz. A wiele spektakli wymagających od widza czynnego zaangażowania manipuluje nim.

Od powstania grupy Forced Entertainment minęło 30 lat. Jakie zjawiska wpływały na waszą twórczość?

- Najważniejszą zmianę przyniósł oczywiście internet. Kiedy zaczynaliśmy, wysyłaliśmy jeszcze tradycyjne listy i używaliśmy faksu. 25 lat temu robiłem przedstawienia dla ludzi wychowanych w domach, w których cały czas był włączony telewizor. Równolegle toczyły się dwie narracje: jedna na ekranie, druga w życiu. Te dwie narracje były dla mnie podstawą do myślenia o postaciach, emocjach, ideach. Dzisiaj to brzmi jak prehistoria.

Teraz wszystko się zwielokrotniło, żyjemy w rzeczywistości, w której nawarstwia się wiele informacji i narracji. Staram się odpowiadać w teatrze na te zmiany, chociaż nie wprost. Nie chodzi o to, żeby aktorzy patrzyli na scenie w swoje smartfony. Bardziej interesują mnie intelektualne i psychologiczne konsekwencje rozwoju technologicznego.

*

Musi pan widzieć na widowni poświatę uruchamianych podczas przedstawień smartfonów. Jak przyciągnąć do teatru publiczność wychowaną na internecie?

- My mamy dwie strategie, obie dekonstruują teatr. Jedna polega na nadmiarze, w spektaklach jest za dużo wszystkiego: informacji, projekcji, muzyki, aktorów. Druga redukuje teatr, na scenie jest dwoje aktorów, zwyczajny tekst, minimalistyczna dekoracja. Pierwsza stara się zwielokrotnić chaos informacyjny - tak wyglądał spektakl "Last Adventures", który zrobiliśmy w Niemczech dwa lata temu: 16 ludzi na scenie, wiele rzeczy rozgrywających się symultaniczne, improwizowana na żywo elektroniczna muzyka, wielozadaniowość podniesiona do ekstremum.

Z drugiej strony są takie spektakle jak "Notatnik", który zrobiliśmy rok później: dwójka aktorów czyta w zwyczajny sposób powieść Ágoty Kristóf o wojnie widzianej z perspektywy dziecka. To też pokażemy w Poznaniu.

Obie strategie są odpowiedzią na nadmiar informacji. Jego odbiciem i polemiką z nim.

Transmisje z waszych wielogodzinnych przedstawień można zobaczyć w internecie. Ta wirtualność zmienia odbiór?

- 24-godzinną wersję "Quizooli!" oglądało ostatnio 5 tys. ludzi od Australii po Stany. Można było obserwować, jak pojawiali się i znikali wraz ze zmianą stref czasu. W czasie spektaklu wpadały komentarze na Twitterze i Facebooku. Nasze długie spektakle czekały na ten moment. Bo one zawsze polegały na tym, że widzowie mogą w ich trakcie pójść do baru, pogadać i wrócić. I nagle to się dzieje w internecie! Ludzie wrzucają na Twittera zdjęcia "To ja oglądający 'Quizoolę!' przy śniadaniu". Będziemy w to wchodzić coraz mocniej.

*

Należę do generacji, która nic nie wiedziała o komputerach i internecie, dzisiaj żyję w tej przestrzeni i oddycham nią. Używam Twittera w tradycyjny sposób, wrzucam cytaty z tekstów, które czytam, czasem pół zdania. Lubię to połączenie różnych komunikatów, słów i obrazów. Lubię bezpośredni kontakt z ludźmi, jaki dają media społecznościowe, oni są częścią mojego codziennego przypływu informacji. Dostaję tą drogą mnóstwo opinii zwrotnych.

W jaki sposób media społecznościowe zmieniają widzenie świata?

- Kolosalnie - to powrót do indywidualnych historii, dziennikarstwa wcieleniowego, reportażu uczestniczącego. Zacząłem korzystać z Twittera, kiedy wybuchła arabska wiosna, obserwowałem pojedynczych ludzi zaangażowanych w protesty. Miałem szokująco żywy kontakt z ludźmi i wydarzeniami, całkiem inny od doświadczenia, jakie daje telewizja informacyjna.

Ale zarazem media społecznościowe przynoszą dezinformację, bywają wykorzystywane przez władze do rozpowszechniania wiadomości fałszywych. Dlatego trzeba stale wszystko równoważyć informacjami z innych źródeł. Generalnie mówiąc, internet jest boiskiem, na którym możemy rozgrywać te same pytania, którymi od dawna zajmujemy się w teatrze.

Co to za pytania?

- Co jest prawdziwe, a co nie? Co jest zamaskowane, a co widać? Co ukryte, a co jawne? Dostęp do informacji poprzez indywidualne doświadczenie zmienia nasz obraz świata. Weźmy ostatnie zamieszki w Bostonie po zabiciu przez policję czarnoskórego mężczyzny. Tysiące ludzi śledzi je na bieżąco na Twitterze, identyfikując się z uczestnikami. Ten rodzaj bezpośredniego udziału jest czymś zupełnie nowym.

Pański program na Malcie zatytułowany jest "New World Order" - Nowy Ład Światowy. Co to znaczy?

- Dla mnie? Myślę o wielkiej zmianie społecznej, politycznej i technologicznej, która zachodzi na naszych oczach. Od upadku komunizmu, przez wojnę w Zatoce Perskiej, zamach z 11 września, wojnę z terroryzmem, wejście dżihadyzmu na arenę międzynarodową, aż po zryw i stłumienie arabskiej wiosny. Ale są jeszcze inne zmiany: ocieplenie klimatu i widmo wyczerpania zasobów naturalnych, kryzys systemu finansowego, ekspansja mediów cyfrowych i serwisów społecznościowych, globalizacja i inwigilacja elektroniczna...

Wybrałem na Maltę przedstawienia, które nie tyle opisują ten nowy porządek, ile patrzą na świat w nowy sposób i pozwalają dostrzec go w innym świetle. Zależało mi na artystach, którzy włączają widzów w proces twórczy, dają im przestrzeń dla wyobraźni, współautorstwa.

*

Jedna z pańskich prac wizualnych to neon z napisem "The Future Will Be Confusing" - Przyszłość będzie myląca. Na Maltę przygotuje pan inny: "Never Sleep". Przed czym ostrzegają te prace?

- Dla mnie wyzwaniem nr 1 dzisiaj jest komercjalizacja rzeczywistości. Naszą przestrzeń życiową coraz bardziej determinują kapitał i komercja. Wszystkie platformy, media społecznościowe, blogi, cała ta demokracja informacji jest w posiadaniu korporacji, które mają zdolność do przeorganizowania zawartości twojego Facebooka albo Twittera. Mogą w mgnieniu oka uczynić jeden rodzaj komunikacji możliwym, a inny zablokować. Korporacje ciężko pracują, aby przerobić całą naszą aktywność w internecie na pieniądze. Robią to na dwa sposoby: nadzorują i zbierają dane o nas albo sprzedają reklamy powiązane z tym, co robimy.

Dystans między życiem, kulturą i kapitałem stale się zmniejsza, te sfery są coraz bardziej ze sobą powiązane. Zawsze miałem poczucie, że język, którym mówimy, znaczenia, którymi dysponujemy, należą do kogoś innego. W kącie pokoju zawsze grał telewizor, z którego non stop sączyła się indoktrynacja. Dzisiaj nawarstwiają się miliony przekazów i narracji. Pytanie podstawowe: W jaki sposób możemy zachować możliwość krytycznej rozmowy o świecie, kiedy ziemia, na której stoimy, i powietrze, którym oddychamy, są skażone i nasączone tym wszystkim?

Nie mówię, że czeka nas jakaś straszna katastrofa, ale czuję potrzebę pytania, jak możemy utrzymać do tego krytyczny dystans. I czy mamy jeszcze możliwość krytykowania maszyny, w której żyjemy.»

"Nigdy nie zasypiaj! Czyli co na festiwalu Malta po "Golgota Picnic""
Roman Pawłowski
Gazeta Wyborcza online
23-05-2015